To jest tak. Robi się różne rzeczy, niektóre bo trzeba, a niektóre bo zwyczajnie się chce. A są takie rzeczy, których się nie robi, mimo że się chce. Bardzo, bardzo. Miesiącami, a z czasem latami.
A mi się właśnie udało zrobić taką rzecz. Uszyłam sobie sukienkę. Sama.
Dawno nie byłam z siebie taka dumna!
Zrobiłam sobie kiedyś quiz na facebooku, czy jestem chujem. Wyszło mi, jak i wszystkim, którzy przystąpili do tego testu, że "tak, jestem chujem".
No i właśnie. W piątek w mojej korporacji odbywała się zbiórka pieniędzy na ofiary powodzi w Azji. Ofiary powodzi z naszej fimy, których dotknęła tragedia. "Help people who work the same way as you do" - cytuję z pamięci, a więc niedokładnie. Solidarnie, miło, każdy gest się liczy. Prawda. Cynicznie myślałam, jak chytrze jest pomagać własnym pracownikom nie wydając ani grosza z własnej kieszeni (z możliwością uczynienia z tego w przyszłości wspaniałej akcji PR-owej). I nie dałam.
Jestem chujem. Trudno. Bycie nie-chujem w owczym pędzie, który prowadzi logika wielkiej firmy jakoś mi nie odpowiada.
Rury w naszym domu pękają po cichu i nie pozwalają korzystać z ciepłej wody. Ugotowałam właśnie milion garnków i czajników wrzątku, rozrzedzam go w wannie wodą lodowatą i będę się pluskać. Przyzwyczajona zazwyczaj do wygód, czuję się jakbym wyruszała na spotkanie Przygody. W falach mydlin oddawać się rozkoszy kąpieli. Od razu zaczynam wyobrażać sobie dom dzieciństwa mojej mamy, dom Norberta z jego opowieści, które odpowiednio podkoloryzowuję, brudne stopy od biegania cały dzień latem na bosaka, dziewiętnastowieczny Paryż, po którym kursują nosiciele wody i którym płaci się od piętra, drewniane balie i pokorne kąpielowe, ubogie sutereny i rzymskie łaźnie, mydło, które zamienia się w morską pianę, po których sunie bateau ivre i na odwrót, morze, po których pływają zielone gąbki, różowe zachody słońca i niebieskie kutry.
Rzeczywistość, jak matrioszka, potrafi ukrywać tyle rzeczy w tej samej chwili. To miłe z jej strony.
Po trzech latach zwłoki drukuję raporty z praktyk w szkole. Dopisać brakujące stronice do magistery i koniec, koniec z tym.
Im bliżej końca tych studiów, tym częściej chwyta mnie myśl, czy przypadkiem nie zmarnowałam 6 lat życia na coś, czego do końca nie rozumiałam i nigdy w gruncie rzeczy nie potrzebowałam rozumieć. Teraz np. odkrywam ze zdumieniem, z iloma rzeczami się zetknęłam w czasie nauki. Jakże są uroczo abstrakcyjne. Jakże do niczego niezdatne. A tymczasem w czasie studiów wydawały mi się po prostu często niezwykle zabawne.
Przyznam się zresztą, że na każdym etapie mojej edukacji chwytał mnie z czasem nastrój pt. "czas stąd spierdalać". Czas i spierdalać z filologii.